Kaszel pocovidowy

Przeszłam koronawirusa. Nie było strasznie, najstraszniejszy był kaszel. I co najgorsze, został ze mną do dziś.

Mój covid wyglądał jak gorsze przeziębienie połączone z tym, że każda potrawa smakowała tak samo, a już mięso było obrzydliwe. Pamiętam, była niedziela, ugotowałam rosół na drobiu i karkówkę na parze po karkonosku. Postawiłam potrawy na stół, pachniały mi jakoś dziwnie. Spróbowałam rosołu, jakiś taki niezbyt dobry. No cóż, widocznie wyszłam z wprawy, bo to było zaraz po tym, jak dwa miesiące spędziłam w szpitalu. Spróbowałam karkówki, kurczę, smakuje identycznie! Posmakowałam więc mięsa z rosołu i znów ten smak. Odrzuciło mnie od mięsa na długie tygodnie.

Mój mąż pochorował się mocniej. I lekarz internista wysłał go na test. Pyk, pozytywny. Pani z sanepidu, z którą rozmawiałam, kazała mi też załatwić sobie test. Zrobiłam go kilka dni po mężu i co? Pyk, negatywny! Jednak z powodu choroby męża wylądowałam na kwarantannie. Nie dawało mi to spokoju i zaraz po obowiązkowym zamknięciu zrobiłam test na przeciwciała. Pyk, mam je, przeszłam koronawirusa. Obstawiam, że zachorowałam wcześniej i do testu tego wymazowego zdążyłam wyzdrowieć.

Kaszel utrzymywał się. Utrzymuje się do dziś, choć od zakażenia minęło kilka miesięcy. Wreszcie postanowiłam coś z tym zrobić i poszłam do lekarza. Dostałam od razu skierowanie na RTG klatki piersiowej i na spirometrię. Mam już wyniki, jutro idę znów do lekarza, niech je zinterpretuje. Może uda się jakoś to cholerstwo zwalczyć. A Wam radzę: nie czekajcie tyle, co ja. Jeśli utrzymuje się u Was kaszel pocovidowy, lećcie do lekarza.

Karolina Osińska-Marcińczyk

Fot. Canva

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *