„Dom dobry”, czyli rzecz o przemocy, sprawcach i ofiarach

Film Smarzowskiego jest na językach wielu Polaków. Że przemoc, że brutalność… Niektórzy twierdzą nawet, że jest przerysowany. Inni – że w rzeczywistości bywa jeszcze gorzej. Tak czy inaczej „Dom dobry” to obraz, który zapada w pamięci.

Poszłam do kina po przeczytaniu kilku recenzji i po obejrzeniu zwiastuna. Wiedziałam więc, czego się spodziewać. I było tak, jak przewidywałam (nie chcę przez to powiedzieć, że film jest przewidywalny, bo nie jest). Sporo przemocy – nie tylko fizycznej. Sporo brutalności – ale nie przejaskrawionej. Sporo uczuć i odczuć.

Co ja odczułam? Że brakowało do tej pory takiego obrazu, który pokazywałby tak dobitnie cierpienie ofiar przemocy domowej. Film wstrząsa widzem. I nawet gdy mamy dobre zakończenie, gdy wydaje się, że wszystko już ułoży się dobrze, następuje nowy wstrząs. Alternatywne zakończenie.

Gośka i Grzesiek mistrzowsko zagrani przez Agatę Turkot i Tomasza Schuchardta to z pozoru małżeństwo, jakich w naszym kraju wiele. Kochające, zgodne, wyczekujące dziecka. Gośka i Grzesiek to małżeństwo, jakich w naszym kraju wiele – on ją bije, poniża, upokarza, stosuje wszystkie możliwe rodzaje przemocy z seksualną włącznie.

Tomasz Schuchardt teraz spotyka się z nieprzyjemnościami ze strony przygodnie spotkanych osób, przechodniów. Oni myląc fikcję z rzeczywistością wyzywają go, plują na niego. Mnie to specjalnie nie dziwi. Dziwi mnie jednak niezmiennie fakt, że nie zachowujemy się tak wobec prawdziwych sprawców przemocy. Że przymykamy oczy. Że nie słyszymy krzyków. Że dajemy przyzwolenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *