Twarz z okładki, wnętrze w ruinie. Jak działa wysoko funkcjonująca depresja?

W naszej zbiorowej wyobraźni osoba z depresją to ktoś, kto od tygodni nie wychodzi z łóżka, ma zasłonięte rolety, nie odbiera telefonów i bez przerwy płacze. I tak, to jest jeden z obliczy tej choroby. Ale istnieje też druga, znacznie bardziej zwodnicza wersja: człowiek, który rano zakłada idealnie skrojony garnitur lub garsonkę, w pracy sypie żartami, odnosi sukcesy, a wieczorem wraca do domu i rozpada się na kawałki. To tak zwana depresja wysoko funkcjonująca lub „uśmiechnięta depresja”.

Warto o niej mówić, bo bliscy chorych często orientują się, że coś jest nie tak, dopiero gdy dochodzi do tragedii. „Przecież niczego mu nie brakowało”, „Zawsze była taka radosna” – to zdania, które po fakcie słyszy się najczęściej.

Osoby cierpiące na wysoko funkcjonującą depresję (często określaną w literaturze jako dystymia lub specyficzny podtyp epizodu depresyjnego) potrafią doskonale maskować swój stan. Dlaczego to robią? Często ze wstydu, strachu przed oceną, poczucia obowiązku wobec rodziny albo z lęku przed utratą pozycji zawodowej.

Pójście do pracy, zrobienie zakupów czy pójście na imprezę ze znajomymi nie są dla nich dowodem na to, że czują się dobrze. To mechanizm przetrwania.

– Choruję na depresję, więc to normalne, że wstawałem co dzień z łóżka, mimo że nie miałem na to sił, wychodziłem do ludzi, chociaż jedyne, o czym marzyłem, to zamknąć się w mieszkaniu, miałem do twarzy przyklejony uśmiech, a mimo to w środku byłem najsmutniejszą wersją siebie – mówi Daniel Stochaj, prowadzący na Facebooku profil Daniel Stochaj – Ostatnie 100 dni mojego życia. – Chodziłem do pracy, jadąc na oparach sił, bo musiałem za coś zapłacić rachunki. Odbierałem telefony, mimo że chciałem wyłączyć cały świat. Odpowiadałem: „Wszystko okej”, choć nic nie było okej. Zazdrościłem ludziom ich spokoju, którego sam nie czułem od dawna. Nie płakałem, bo byłem zbyt wyczerpany, żeby mieć siłę na łzy. Jadłem, choć nie czułem smaku. Spałem, choć nie czułem odpoczynku. Przewijałem wiadomości, scrollowałem Instagram, ale czułem tylko pustkę. Przebywałem wśród ludzi, ale czułem się bardziej samotny niż kiedykolwiek. Śmiałem się z żartów, choć w środku byłem nieobecny. Mówiłem: „Poradzę sobie”, chociaż nie wiedziałem, czy dotrwam do jutra.

Wyobraź sobie, że codziennie musisz grać trzygodzinny, niezwykle wymagający spektakl życiowy, mając na sobie 40-kilogramowy pancerz, a po zejściu ze sceny nikt nie bije Ci braw, tylko zostajesz sam w ciemnej garderobie. Dokładnie tak wygląda doba człowieka z ukrytą depresją. Każdy uśmiech to wydatek energetyczny porównywalny z małym maratonem.

Osoby z wysoko funkcjonującą depresją rzadko mówią o swoim problemie.

– Wolałem nie mówić nic, bo i tak nikt nie zrozumiałby, co się dzieje w mojej głowie – przyznaje Daniel. – Większość ludzi powiedziałaby, że wyglądałem zupełnie normalnie. Bo depresja bardzo często nie odbiera Ci możliwości funkcjonowania. Odbiera Ci radość z życia. I to jest właśnie to, czego z zewnątrz prawie nikt nie widzi. Najbardziej przerażające jest to, że jeśli mnie wtedy spotkałeś… prawdopodobnie nigdy nie domyśliłeś się, że walczę o to, aby przetrwać dzień…

Skoro na zewnątrz wszystko wygląda idealnie, to po czym poznać, że ktoś (lub my sami) choruje? Diabeł tkwi w szczegółach i w tym, co dzieje się, gdy gasną światła. Taka osoba na przykład w ciągu tygodnia jest zmobilizowana na najwyższym poziomie, ale gdy przychodzą dni wolne, chory nagle „znika”. Spędza sobotę i niedzielę w łóżku, odcinając się od świata, by „naładować baterie” na kolejny tydzień udawania. Sukcesy w pracy, awanse, premie czy komplementy mogą nie wywoływać żadnych emocji. Pojawia się poczucie wewnętrznej pustki i znieczulenia. Chroniczne zmęczenie, którego nie leczy sen – osoba ta budzi się zmęczona, nawet jeśli spała 8 godzin. Towarzyszy jej ciągłe poczucie „ciężkości” ciała. Choć otoczenie uważa ich za ludzi sukcesu, w ich własnych głowach non stop leci monolog o tym, że są niewystarczająco dobrzy, że oszukują innych i że zaraz wszystko się wyda. Depresja u mężczyzn i osób wysoko funkcjonujących rzadko objawia się płaczliwością. Częściej jest to wybuchowość, cynizm, ironia i niski próg tolerancji na frustrację.

Największym wrogiem osób z tym typem depresji jest… ich własny status. Kiedy ktoś ma dobrą pracę, ładne mieszkanie, partnera i udane dzieci, sam przed sobą zaczyna cenzurować swój ból. Pojawia się toksyczne poczucie winy: „Inni mają gorzej, nie mam prawa czuć się źle. Po prostu dramatyzuję”.

To błędne koło. Chory nie szuka pomocy, bo uważa, że nie jest „wystarczająco chory”, a otoczenie nie reaguje, bo przecież „świetnie sobie radzi”. Tymczasem nieleczona depresja, nawet ta w najpiękniejszym opakowaniu, rozwija się i niszczy organizm od środka.

Choroba ta jest demokratyczna. Nie zależy od stanu konta, liczby followersów na Instagramie czy stanowiska wpisanego na LinkedInie. Jeśli czujesz, że Twoje życie to ciągła gra pozorów, która wysysa z Ciebie resztki sił, albo widzisz, że ktoś z Twoich bliskich po powrocie z pracy natychmiast „gaśnie” – nie czekaj. Pierwszym krokiem do zrzucenia maski jest szczera rozmowa, a kolejnym – wizyta u psychiatry lub psychoterapeuty. To nie słabość, to odwaga ratowania samego siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *